Historia miasta – spisał Stanisław Michalik


Do tych, którzy jak ja czują więź emocjonalną i duchową ze swoim miejscem zamieszkania, adresuję zaczerpnięte z historycznych opracowań i kronik niemieckich, interesujące jak sądzę wyimki z historii naszego miasta – Głuszycy i naszego regionu wałbrzyskiego, żywiąc tę nadzieję, że nie będzie to lektura zbyt nużąca i że pozwoli ona poczuć się pewniej i bliżej przeszłości, z której płynie wiele cennych doświadczeń.

Głuszyca – ni to miasto, ni to wieś, rozciągnięte wzdłuż potoków górskich łączących się w szeroki nurt rzeki Bystrzyca osiedle robotnicze, podobnie jak cały region wałbrzyski, ma swoją ciekawą historię, okresy wzlotów i upadków, triumfów i klęsk, zachwytów i rozczarowań.

Wbrew temu co można by sądzić jest to historia wzbudzająca w miarę jej poznania, nie tylko pośród nas – mieszkańców miasteczka – lecz także osób postronnych rosnące zainteresowanie, bowiem w historii Głuszycy koncentrują się jak w soczewce zmienne koleje losów całego Śląska, jak również zadziwiające sploty wydarzeń, które skłaniają do poszukiwania odpowiedzi na fascynujące pytania – jak doszło do powstania miasta ? Co wpłynęło na to, że powtarzające się cyklicznie zawieruchy wojenne i związane z nimi zniszczenia i pożogi, nie spowodowały wymarcia osady, która jak feniks z popiołów odradzała się ponownie za każdym razem z nową siłą witalną i rozmachem ? Co leżało u podstaw spontanicznego rozwoju osady w drugiej połowie XIX w., kiedy to przeobraziła się ona z miejscowości o charakterze rolniczo-rzemieślniczym w typowe osiedle przemysłowe z determinującą przewagą żywiołu robotniczego ?

Są to pytania tym bardziej intrygujące, im lepiej uświadamiamy sobie, że Głuszyca leży w górach, ściślej w kotlinie górskiej, zamkniętej niemal ze wszystkich stron dość stromymi grzbietami.
Dojeżdżając do Głuszycy Górnej szosą z Nowej Rudy rzuca się w oczy rozległa panorama górska sprawiająca wrażenie pustkowia i tylko wynurzające się ponad wierzchołkami bujnego poszycia leśnego kominy fabryczne, wieżyczki i dachy zabudowań wskazują, że zbliżamy się oto do ukrytej w przełęczy osady. Kolejne kilometry drogi odsłaniają coraz to większe, pulsujące życiem, fabryczne miasto.

Największym walorem Głuszycy jest jej górski krajobraz. Północno-zachodnią granicę tworzą Góry Wałbrzyskie z największym szczytem Borową – 854 m i Góry Suche (jedno z pasm Gór Kamiennych) z panoszącym się wszechwładnie Waligórą – 936 m, u podnóża którego rozpostarło się słynące w kraju ze sportów zimowych schronisko Andrzejówka. Granicą północno-wschodnią Głuszycy jest masyw Włodarza – 811 m i Jedlińskiej Kopy – 730 m, oddzielony od głównego grzbietu Gór Sowich, najstarszych w Sudetach i kryjącym w sobie liczne niezbadane dotąd tajemnice, Obniżeniem Walimskim. Od wschodu króluje, nad płynącymi leniwie wierzchołkami wzgórz, nęcąca wzrok Wielka Sowa – 1015 m, intrygująca widoczną przy dobrej pogodzie sterczącą na szczycie budowlą. Zamykają dolinę Bystrzycy od południa falujące jak morze Wzgórza Wyrębińskie.

Gdziekolwiek byśmy nie wznieśli się wyżej od leżącego w kotlinie miasta na przestronne wzgórza, zapiera w piersiach dech, ściska coś serce, ogarnia wzruszenie. Gdzie by nie spojrzeć, jest czym oczy nacieszyć.

Główną rzeką zlewną jest Bystrzyca, przecinająca kotlinę jak cięcie skalpela. Wpadają do niej ze wszech stron szemrzące potoki: Otłuczyna, Kłobina, Zimna Woda, Rybna. Dzięki nim po obfitych opadach Bystrzyca staje się wielka i groźna, przetacza rozszalałe wody z impetem, podmywając skaliste brzegi. Wiele razy w przeszłości dawała się we znaki osadnikom, którzy lekkomyślnie wznosili swe domy i warsztaty zbyt blisko jej nurtu.
Klimat doliny Bystrzycy nie jest zachęcający, bo typowy dla terenów wysokogórskich. Obfituje w częste opady deszczu i chłodne noce. Śnieg w górach zalega cztery do pięciu miesięcy, co stwarza wspaniałe warunki narciarskie, ale oznacza spóźnioną wiosnę. Lato bywa niezbyt gorące, a występujące wahania temperatury pomiędzy dniem i nocą utrudniają uprawę roślin.

Obszar Głuszycy wraz z przyległymi administracyjnie wioskami: Sierpnicą, Łomnicą, Kolcami, Grzmiącą, Rybnicą Małą i Głuszycą Górną wynosi 62 km2, w tym powierzchnia miasta -16 km2. Gruntów ornych jest znikoma ilość – 2,5 tys. ha. Przeważają lasy – 52% powierzchni gminy, stanowiące bezcenny skarb, nie do końca dostrzegany przez władze miasta i mieszkańców.

Można zamieszkać gdzieś dziwnym zrządzeniem losu, osiedlić się czasowo lub na stałe, powodując się przeróżnym splotem wydarzeń i okoliczności. Dla wielu mieszkańców Głuszycy miasto to stało się dziełem przypadku jako rezultat osadnictwa powojennego, bądź też miejsce nęcącej pracy i zarobku w okresie powojennej odbudowy i zagospodarowywania Ziem Zachodnich.

W miarę upływu lat przybysze z różnych stron wrośli w ten grunt i zakorzenili się na dobre, z „ptoków” zmienili się w „krzoki”, w tej urokliwej kotlinie górskiej znaleźli swój „kraj lat dziecinnych, słodki i piękny jak pierwsze kochanie”. Tu jest ich dom, tu jest ich „macierz”, stąd mogą jedynie odlecieć jak bociany odlatują do ciepłych krajów, ale wspomnień z lat dzieciństwa i młodości nie zatrze żaden błysk wielkiego świata, będą tu powracać, jeśli nie ciałem to duchem.

Można zamieszkać z przypadku w mieście u źródeł Bystrzycy, ale nie można tkwiąc tu przez ileś tam lat, nie odczuwać potrzeby zbliżenia intelektualnego do przeszłości tych ziem, do bliższego poznania ich historii, jeśli już nie tej zbyt odległej z czasów dawnych, to przynajmniej tej najnowszej.

Część I

Część II

Część III

Część IV

Część V

Część VI

Część VII

Część VIII

Część IX

Część X

Posłowie

Część I

Źródła materialne i pisane wskazują, że tereny Pogórza Sudeckiego zasiedlone zostały w czasach prehistorycznych, ale wyraźne ślady osadnictwa w regionie wałbrzyskim wywodzą się z czasów piastowskich.
Sudety Wałbrzyskie należały wówczas do książąt śląskich, najdłużej do księstwa świdnicko-jaworskiego. Początkowo nie stanowiły one szczególnej wartości, bowiem region ten położony wysoko ponad poziomem morza różnił się wyraźnie od nizin strzegomsko-świdnickich zarówno klimatem jak i brakiem terenów uprawnych. Góry pokryte bujnym lasem stanowiły naturalną granicę od zachodu i pełniły głównie funkcję obronną. Wykorzystywano je do budowy grodów strzegących granic księstwa.

Zanim rozpoczęła się germanizacja Śląska zapoczątkowana głównie przez Henryka Brodatego (1201-1238), który chętnie przyjmował osadników niemieckich, teren Sudetów Wałbrzyskich zaludniony był przez Żywioł słowiański. Wymowne świadectwo tego faktu dają nam nazwy topograficzne potoków górskich, rzek, gór, osad i grodów, których późniejsze niemieckie nazewnictwo wyraźnie wskazuje na pochodzenie polskie.
Sprawie tej poświęcił swoje prace historyk wałbrzyski dr A. Szyperski, uzasadniając polskość Wałbrzycha i okolic w świetle najstarszych nazw geograficznych.

Przyjrzyjmy się zatem rodowodowi niektórych bliskich nam nazw geograficznych. Wspominaliśmy już rzekę Bystrzycę, dopływ Odry. Weistritz jej niemiecki odpowiednik posiada wszystkie cechy zapożyczenia nazwy u Słowian, podobnie Łomnica, niemieckie Lomnitz. Po niemiecku słowa te nic nie znaczą.

Wieś Bistricza zapisana została w dokumencie biskupa Waltera już w 1150 roku. Słowo Bystrzyca jest typowo polską nazwą i wywodzi się od bystrego, czyli prędkiego biegu wody. Wieś Łomnicę zanotowano już około roku 1385. Reibnitz – Rybnica tłumaczy się sama jako potok rybny. Wieś o tej samej nazwie zanotowano również około roku 1305. Podobnie ma się rzecz z wieloma innymi nazwami w tym regionie. Są one typowe dla rzecznego nazewnictwa w Polsce i dowodzą o zasiedleniu ludu polskiego w górach wałbrzyskich na wiele lat przed kolonizacją niemiecką.
W wieku XIV i XV większość osad podsudeckich zostaje skolonizowana przez Niemców, germanizują się także dwory książęce.
Pogórze Wałbrzyskie zamienia się stopniowo w cmentarzysko słowiańskie. Ale germanizacja nie objęła całej okolicy Wałbrzycha. Jeszcze z końcem XVII wieku istniały wsie polskie tuż pod Świdnicą, o milę drogi od Wałbrzycha.
Czy możemy z całą pewnością coś powiedzieć o osadnictwie polskim na terenie dzisiejszej Głuszycy ? – o tym już w następnej części.

Część II

Funkcjonujące od wielu lat potoczne określenie powrotu Polaków na Ziemie Zachodnie jako na „ziemie poniemieckie” nie znajduje uzasadnienia w piastowskiej przeszłości Śląska. Śląsk był przede wszystkim słowiański. Za czasów Bolesława Chrobrego stał się ekonomicznie i administracyjnie integralną częścią państwa polskiego. Poprzez utworzenie biskupstwa we Wrocławiu podległego archidiecezji w Gnieźnie wszedł również do struktury organizacyjnej Kościoła polskiego.

Upowszechniona na Śląsku w okresie rozbicia dzielnicowego kolonizacja na prawie magdeburskim wcale nie oznaczała germanizacji Śląska. Prawo czynszowe było wprawdzie niemieckie, ale nowi osiedleńcy byli w dużej mierze Polakami. Nieraz kolonizowano według prawa niemieckiego tę samą ludność, która dotąd na wsi siedziała. Niemcy ciągnęli wprawdzie do Polski, bo w Niemczech w II połowie XIII wieku panowało bezkrólewie, nieład i rozboje, ale ani ich nie było tak wielu, ani nie zapisali się tak chlubnie, jak sami to głoszą. Ludność słowiańska i bez nich znała się dobrze na uprawie roli i posługiwała się pługiem żelaznym, a pierwsze kopalnie rudy na Śląsku zakładali Włosi.
Można więc śmiało przypuszczać, że pierwszymi osiedleńcami na terenach dzisiejszej Głuszycy byli Słowianie, a pierwsze budowle wznoszone były z inicjatywy książąt polskich.

Świadczą o tym chociażby interesujące dzieje zamku Rogowiec, najstarszego świadka dziejów naszych okolic. Znajdował się on na szczycie Jeleńca Małego – 809 m i nie ma chyba mieszkańca Grzmiącej, który nie potrafiłby wskazać drogi na ten szczyt, gdzie do dziś można oglądać ruiny budowli, a studenci archeologii z uczelni wrocławskich mają tu swój poligon doświadczalny.

Zamek ten zbudował w roku 1292 Bolko I Świdnicki, prawnuk Świętej Jadwigi i Henryka Brodatego. Rogowiec stanowił więc kolejny gród obronny, podobnie jak Grodziec, Osiek, Stary Książ, Cisowiec, Radosno. Wszystkie one stały na straży granic księstwa, broniły do niego dostępu.

Po roku 1301 zamek Rogowiec stał się siedzibą rycerzy rozbójników, którzy w sile około 100 osób łupili i plądrowali okolice, zapuszczając się aż do odległego o około 90 km Brzegu nad Odrą.
Za panowania Bolka II Jaworsko-Świdnickiego na zamku zapanował ład i porządek. Lata 1361 – 1374 to najświetniejszy okres w historii zamku. Panem jego został dworzanin Bolka II, doradca i totumfacki jego żony Agnieszki, Mikołaj Bolcze.
O dalszych losach zamku Rogowiec dowiadujemy się ze źródeł niemieckich z 1497 roku. Potwierdzają one całkowite zniszczenie wiosek Grzmiącej i Rybnicy w okresie wojen husyckich, toczonych na tym terenie w latach 1419 – 1463. W tym czasie Rogowiec dostał się w ręce rodu Schellendorfów, cieszącego się złą opinią z uwagi na prowadzone rozboje na pobliskich szlakach handlowych.

W roku 1466 Hans i Nikolas von Schellendorf wzięli w zastaw od króla czeskiego Jerzego z Podiebradu zamek Książ. Nastąpiło wówczas połączenie pod jednym zarządem zamków: Książ, Rogowiec, Radosno. Zamki te obsiedli raubritterzy, sławni rycerze-rabusie, napadający na wędrownych kupców, którzy z towarami przemierzali szlak z Wrocławia do Pragi, wiodący między innymi przez Głuszycę, Rybnicę, Mieroszów.
Wspólna akcja miast śląskich oczyściła zamki z rabusiów i stworzyła korzystne warunki do ponownej kolonizacji zniszczonych wiosek.

Hans von Schellendorf za sprzeczny z prawem rozbój stracił zaufanie króla Czech, Macieja Korwina, który w 1483 roku, po uprzednim odebraniu mu praw zarządzania tymi zamkami, rozkazał zamki Rogowiec i Radosno zburzyć.
Niebezpieczeństwo jakie stwarzały te zaszyte w lasach budowle okazało się dla władcy praskiego większe od ewentualnych korzyści z ich posiadania. Dobra ziemskie należące do Rogowca i Książa zarekwirowano dla korony czeskiej.
Posiadłość Rogowiec liczyła wówczas 17 wiosek. Większość z nich istnieje do dziś, są to: Głuszyca, Grzmiąca, Rybnica, Radosno, a także Mieroszów z Różaną i Niedźwiedzica w dzisiejszej gminie Walim.

Część III

Dramatyczne dzieje zamku Rogowiec wprowadziły nas w ponurą atmosferę średniowiecza. Ilustrują one niepewność i ustawiczne zagrożenie pionierów osadnictwa, którzy odważyli się wiązać swe losy z przygranicznym terenem górskim, na odludziu, w dali od stolicy książęcej. Nasuwa się więc pytanie, postawione już wcześniej we wstępie tego szkicu, co pchnęło prostych kmieci, aby tutaj szukać swego miejsca na ziemi ?
Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w materiałach źródłowych, które jednoznacznie wskazują, że pierwszymi osiedleńcami na tych terenach byli ludzie trudniący się handlem drewnem lub garncarstwem, a sprowadziła ich tutaj zachęta ze strony księcia i nadania książęce.

Najprawdopodobniej już w XIII wieku powstały w dolinie Bystrzycy (dotyczy to dzisiejszej Głuszycy i Jedliny) pierwsze osady zamieszkałe przez drwali, karczujących olbrzymie lasy.


Byli oni chronieni przez niewielki zameczek w Olszyńcu, którego ślady noszą charakter słowiańskiego umocnienia w postaci wału ziemnego z wieżą obronno-mieszkalną pośrodku.

Część IV

Rok 1413 można uznać za historyczny początek miasta, tak jak datę chrztu Polski za Mieszka I przyjmuje się jako początek państwa polskiego. W obydwu przypadkach jest wiadomo, że są to tylko umowne cezury, a powstanie państwa, czy miasta jest to proces długotrwały i trudno określić precyzyjnie zarówno początek jak i koniec.
Skutki niszczących wojen husyckich, wstrzymały proces zagospodarowywania terenów podsudeckich, ale nie na długo. Druga fala kolonizacji miała miejsce w początkach XVI wieku i również wiązała się z handlem drewnem i gontami, które sprzedawano w Świdnicy.

W 1504 roku Władysław II Jagielończyk, król Czech i Węgier mając na uwadze dalszy rozwój handlu na tych terenach, nadał Fryderykowi Czetricowi, Czechowi z pochodzenia, panu na zamku Grodno, prawo pobierania myta z przeznaczeniem na budowę dróg i mostów.
Przywilej ten został potwierdzony następnie przez cesarza Karola VI, a w 1744 roku po zajęciu Śląska przez Prusy, przez króla Fryderyka II.
Na marginesie chcę zwrócić uwagę dzisiejszym właścicielom środków transportu, że podatek drogowy jak się okazuje nie jest wynalazkiem naszego fiskusa, natomiast dobrze się stało, że wzbogaca on kiesę miejską, a nie państwową, może się to przyczynić do poprawy stanu dróg lokalnych. Może… Wróćmy lepiej do historii.

W roku 1528 (to data warta do zapamiętania dla tych, którzy interesują się historią pobliskiego Książa) panem zamku Książ zostaje Krzysztof I Hochberg. Ten światły człowiek i wyśmienity gospodarz ściąga na tutejsze tereny górników z Miśni w celu poszukiwania rud żelaza i miedzi. Osiedlają się oni między innymi w dolinie Bystrzycy, skąd mają bliżej w góry. Uzyskali oni zgodę pana na Książu na postawienie w 1533 roku w miejsce drewnianej kapliczki w Głuszycy Górnej, kościoła ewangelickiego, jako że byli to luteranie.


W 1548 roku sędzia dworski ze Świdnicy, Melchior von Sendlitz Kuneman, odbudowuje wioskę, jedną z licznych wówczas w okolicy i nadaje jej nazwę Rudolfswald, czyli Sierpnica. Wieś Grzmiąca odbudowała się w latach 1565 – 1585, zaś w latach 1565 – 1581 sąsiadujące z Głuszycą Kolce. Z 1561 roku pochodzą pierwsze wzmianki o kopalnictwie węgla kamiennego, natomiast z 1580 roku czytamy o wzmożonym ruchu handlowym w związku z rozwojem tkactwa lnianego. W dolinie Bystrzycy prosperuje kilkanaście tartaków, coraz liczniej rozwijają się warsztaty tkackie, poprawia się kultura rolna.
W Jedlinie odkryte zostają źródła mineralne, ich właściwości lecznicze stają się znane, woda określana jako Tannhauser Sauerbrunn wywożona jest do Czech.
W ogóle obserwuje się w tym czasie wzmożony ruch handlowy, przez Głuszycę wiedzie szlak handlowy ze Świdnicy do Broumov’a (przez Rybnicę, Mieroszów), a także droga na południe do Doliny Kłodzkiej. Obszar ten pozbył się w tym okresie znamiona terenów przygranicznych, bowiem Śląsk stał się prowincją państwa czeskiego.

Wiek XVI stał się więc niezwykle pomyślnym dla wszechstronnego rozwoju Pogórza Wałbrzyskiego. Głuszyca rozbudowuje się i bogaci, a wraz z nią sąsiadujące wsie, z których każda miała gospodę, piekarnię, rzeźnię, warsztat kowalski, znajdujące się pod zarządem sołtysa. Głuszyca posiadała swój sąd, stając się siedzibą władz municypalnych. W 1598 roku następuje rozłączenie się wsi Głuszyca Górna od miasta.
Można by ten fakt uznać za datę przełomową, świadczącą o ostatecznym usankcjonowaniu Głuszycy jako miasta. O odrębnym dokumencie nadającym jej prawa miejskie kroniki milczą.
W ten sposób kończy się szczęśliwe stulecie dla całego regionu, stulecie bez wyniszczających wojen, sprzyjające rozwojowi gospodarczemu, przynoszące widoczne efekty.

Ale warto pamiętać, że wiek XVI był w ogóle wiekiem pomyślnym dla wszystkich ziem polskich. To właśnie „złoty wiek” kultury polskiej, a przeszczepiony z Zachodu renesans i początki gospodarki rynkowej sprzyjające rozwojowi miast i nowej klasie – mieszczaństwa, to wszystko znalazło swoje odbicie także i tu, nad Bystrzycą, na szlaku przecinających się marszrut handlowych, w pobliżu bezcennych bogactw naturalnych, jakie kryją w sobie góry.

Część V

Wiek XVII zapisał się w historii Głuszycy czarnymi zgłoskami. Właściwie trudno by wymienić takie nieszczęścia i kataklizmy, które nie byłyby udziałem tego młodego, prężnie dotąd rozwijającego się miasta. A wszystko to zaczęło się od wojny trzydziestoletniej.

Różne bywają wojny na świecie, lecz nie ma chyba groźniejszych i bardziej wyniszczających, jak wojny wewnętrzne na tle religijnym. W 1618 roku wybucha w Pradze powstanie. Czesi obawiają się objęcia władzy na wypadek śmierci cesarza Macieja przez jego wychowanka Ferdynanda, wychowanka jezuitów, znanego ze swej nienawiści do innowierców.
Nie jest to jedyny powód zrywu powstańczego. Czechy od 1526 roku wchodzą w skład cesarstwa jako należące do dziedzicznych posiadłości Habsburgów. Zachowują jednak autonomię, własny sejm, język czeski jako urzędowy. Habsburgowie jednak w sposób brutalny naruszają te prawa. Rząd wiedeński ingeruje bezpośrednio w administrację Czech, wysyłając tam niemieckich urzędników, szlachta niemiecka wykupuje ziemię, a jezuici starają się wszelkimi sposobami wprowadzić tam od nowa katolicyzm. Habsburgowie są podporą reakcji katolickiej zwanej kontrreformacją. Katolicy zaczynają z powodzeniem wypierać wpływy protestanckie w Niemczech, jezuici obejmują swą działalnością Czechy.

Antagonizm pomiędzy protestantami i katolikami staje na ostrzu noża. Jednocześnie sytuacja gospodarcza Czech staje się na początku XVII wieku coraz cięższa. Handel i przemysł znalazły się w upadku, co jest wyrazem nie tylko ogólnej sytuacji w Europie środkowej i wschodniej, ale również szkodliwej, antyczeskiej polityki habsburskiej. Ucisk polityczny i religijny pogłębia kryzys w Czechach.

Wojna trzydziestoletnia (1618 – 1648) będąca wojną europejską, bowiem wprzęgnięte w nią zostały nieomal wszystkie ówczesne kraje europejskie, okazała się tragiczna dla Śląska. Rujnujące kwaterunki wojsk, kontrybucje, plądrowania, gwałty i pożogi, kilkakrotnie przewalające się jak huragan łupieżcze przemarsze wojsk, bitwy i potyczki, to wszystko jest związane z losami Głuszycy.
Już w 1631 roku kwateruje na terenie miasta duża ilość wojsk cesarskich, plądrując i paląc okoliczne wsie, Rybnicę, Grzmiącą, Glinicę i Kamieńsk. W 1633 roku epidemia dżumy doprowadziła do zdziesiątkowania ludności w Świdnicy i całej okolicy aż po Wałbrzych.
W rok później przez przełęcz w Głuszycy Górnej, po zaciętych walkach wojska cesarskie wdzierają się do miasta wypierając Szwedów. Głuszyca spłonęła niemal doszczętnie. W latach 1639 – 1642 teren okupują Szwedzi, ściągają nowe kontrybucje, niszczą i palą.
Dopiero w II połowie XVII wieku następuje pewne uspokojenie i ożywienie gospodarcze. Odbudowują się wsie: w 1655-1656 Łomnica, 1688 – Zimna Woda, 1696 – Rybnica.
Nieco wcześniej w 1686 roku miał miejsce w Głuszycy warty do odnotowania fakt, był nim bunt antyfeudalny, zmierzający do uwolnienia się z poddaństwa i pańszczyzny. Bunt został krwawo stłumiony, a jego przywódców powieszono publicznie na szubienicach. Dla utrzymania porządku osadzono w Głuszycy regiment wojskowy.
Wojna trzydziestoletnia stanowiła dla Śląska największą tragedię, jaką ten kraj kiedykolwiek poniósł, przyczyniła się jednak dziwnym zrządzeniem losu do rozwoju gospodarczego całego pogórza sudeckiego.
Prześladowanie ludności protestanckiej po pokoju westfalskim w 1648 roku w Niemczech powoduje napływ prześladowanej ludności w regiony górskie, trudno dostępne okolice, gdzie pod opieką panów wiernych protestantyzmowi, mogli zachować swą wiarę, odbywać praktyki religijne i uchronić się przed represjami.
Na całym terenie Sudetów od Jeleniej Góry po Kłodzko rozwija się podstawowy i najważniejszy na Śląsku przemysł tkacki.
Skąd się wziął na tych terenach, co spowodowało jego koniunkturę właśnie tutaj, w dorzeczu Bystrzycy ?
- o tym w następnej części.

Część VI

Tkactwo lniane należy do tych dziedzin wytwórczości, które znalazły na przełomie XVII i XVIII wieku w rejonie Podsudecia niezwykle korzystne warunki rozwoju. Już sto lat wcześniej pobliski Jawor stał się centrum handlu tkaninami. Mieszczanie sprowadzali z Zachodu surowe tkaniny, bielili je na podmiejskich łąkach, sprzedawali korzystnie pośrednikom z Holandii lub Anglii.

Wojna 30-letnia spowodowała ucieczkę kupców i rzemieślników do wiosek górskich, co pociągnęło za sobą rozwój tkactwa w tych rejonach. Rozwija się zarówno uprawa lnu, jak i przędzalnictwo i tkactwo, w tym czasie jeszcze jako rękodzieło. Znawcy przedmiotu upatrują korzystny rozkwit tkactwa lnianego na tych terenach w szczególnych właściwościach wody, która spływając bezpośrednio z gór skalistych potokami, zabierała ze sobą potrzebne do bielenia lnu minerały. Obok tkactwa pojawiają się inne dziedziny przemysłu. Z początkiem XVIII wieku powstaje w Głuszycy Górnej kopalnia i huta miedzi (1714). W dwa lata później powstaje browar.

Na ten okres przypada również odrestaurowanie zapomnianego już zupełnie jedlińskiego źródła wody mineralnej. W 1694 roku jeden z chłopów zainteresował właściciela Jedliny źródłem bijącym na jego gruncie. Po stwierdzeniu leczniczych właściwości wody przez lekarzy w Świdnicy podjęto próbę wykorzystania zasobów. Gospodarz ujął spływającą wodę w wydrążony pień drzewa, a obok źródła postawił szałas, w którym obok wody sprzedawał podróżnym żywność. Jest to niezwykle pouczający przykład, jak się robi interesy.

Gdy w 1723 roku tutejsze dobra zostały nabyte przez austriackiego generała von Scher-Thoss, odkupił on źródło wraz z gruntem od gospodarza, polecił uchwycić odpływ i ocembrować, a kiedy wezwani z Wrocławia lekarze potwierdzili wydaną wcześniej pozytywną opinię o źródle, postawiono nad nim altanę, wybudowano łazienki i gospodę. Obszar wokół źródła wyodrębniono ze wsi Tannhauser i nazwano go imieniem żony generała Charlottenbrunn, czyli zdrój Charlotty. Nazwa ta przetrwała aż do 1945 roku i została później zamieniona na Jedlinę Zdrój w oparciu o dawną nazwę wsi (Tanne, znaczy jodła). Taki był początek uzdrowiska w sąsiadującej za miedzą Jedlinie. Dziś jesteśmy bardzo blisko zakończenia historii uzdrowiska, przez całe nieomal półwiecze nie było sposobu, aby odrestaurować ujęcia wody mineralnej, obecnie brakuje środków, aby utrzymać przy życiu funkcjonujące w mieście ze zmiennymi kolejami losów sanatorium.
Chyba, że znajdzie się chłop i wydrąży pień i jeszcze przygotuje miejsce na rożno. Jest sprzyjający moment – zbliża się trzystulecie odkrycia źródła, a my Polacy tak lubimy jubileusze.

Jedlina zyskała więc z początkiem XVIII wieku obok tkactwa drugie źródło dochodów – uzdrowisko. Rozbudowuje się, więc w oparciu o te dochody, uzyskując w 1740 roku prawo odbywania targów płóciennych. Coraz liczniej przyjeżdżają kuracjusze, leczą się, a zarazem zasilają miejscową ludność w gotówkę.
Jak grzyby po deszczu wyrastają duże murowane domostwa kupców-płócienników, gastronomów, lekarzy. Targi ściągają kupców i dostawców z całej okolicy. Uboga do niedawna, podgórska miejscowość przeżywa okres niebywałej prosperity.
Poświęciłem trochę więcej uwagi sąsiedniej Jedlinie, bowiem jej dzieje są sprzęgnięte z dziejami Głuszycy. Obie te miejscowości odczuły dotkliwie klęskę głodu z powodu suszy w latach 1719 – 1722.
Obie znalazły się też w ogniu ponownych zmagań wojennych po roku 1740, kiedy to toczy się wojna austriacko-pruska. Cesarzowa Maria Teresa nie jest w stanie przeciwstawić się potędze militarnej króla pruskiego Fryderyka II. 29 X 1745 roku pod Głuszycą miała miejsce potyczka wojsk austriackich z pruskimi. Najpierw Austriacy, potem Prusacy splądrowali miasta, ograbili miejscowych notabli.

Jeszcze bardziej dotkliwe w skutkach okazały się wydarzenia wojenne w czasie wojny 7-letniej (1756 – 1763), ponownej wojny pomiędzy Austrią a Prusami z udziałem sprzymierzeńców po jednej jak i po drugiej stronie. Dwukrotnie w czasie tej wojny była oblężona Świdnica przez wojska austriackie. W 1762 roku armia austriacko-rosyjska liczyła około 200 000 żołnierzy. Narzucono ludności wysokie kontrybucje, ściągano gotówkę, płótno, paszę, bydło i żywność. Miały miejsce liczne egzekucje i mordy. Ludność umierała z głodu, chorób, braku ziarna siewnego, żywego inwentarza.
W czasie tej strasznej wojny Głuszyca i jej okolice zostały znów zniszczone i wyludnione.
Koniec XVIII wieku przynosi wreszcie stabilizację i kończy pasmo nieszczęść i udręki. Ziemie te znalazły kolejnego zwierzchnika i zarządcę w osobie, tym razem – króla pruskiego.
Czy okaże się to korzystne dla rozwoju tych stron – zobaczymy w następnej części.

Część VII

Co stanowi w historii źródło życia, owe „spiritus movens” istnienia, pozwalające przetrwać najgorsze, wydobyć się z dna upadku i zamętu ?
Czy wystarczającym jest ten pierwotny zaczyn, ślad wielkości, która przeminęła, ale nie została wymazana do cna ?
„Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
co mnie żywemu na nic, tylko czoła zdobi,
lecz po śmierci was będzie wiodła niewidzialna,
aż was – zjadaczy chleba – w aniołów przerobi,”
pisał Słowacki w wierszu „Testament mój”, wierząc w tajemną moc swej sławy. A nam cóż pozostało dzisiaj, aby się w anioły przemienić. Czy wspomnienia z przeszłości naszego miasta mogą ożywić dzisiejszych tułaczy, pchnąć do czynu ?
Bo czynu potrzebuje dziś miasto jak kwiat dżdżu, miasto nasze, nad którym zawisły po raz kolejny w dziejach czarne chmury.

Spójrzmy więc w przeszłość, przyjrzyjmy się jak to nieszczęsne miejsce, palone i plądrowane przez zawieruchy wojenne, potrafiło wciąż odradzać się z nową siłą i nową nadzieją.
Kolejny władca tych ziem, król pruski Fryderyk II, przyczynił się do rozwoju tkactwa lnianego w rejonie Podsudecia, m. in. poprzez uporządkowanie i ujednolicenie ustawodawstwa w tym zakresie. Dekrety i przepisy rządowe ustaliły normy jakości tkanin, czas bielenia, ilość wapna, wielkość kadzi, formy przygotowania młodzieży do zawodu tkacza czy przędzalnika.
Już w połowie XVIII wieku działają na tym terenie firmy kupców wrocławskich Köhlera, Pauze, Mülera, Grossmana. Rozwija się system nakładczy. W samej Głuszycy kroniki odnotowały istnienie 20 bielników, 3 magli wodnych, kilkunastu zakładów rękodzielniczych.

Targi płótna według ściśle określonych przepisów odbywają się w Jedlinie, Walimiu, Mieroszowie, a także w Wałbrzychu. Na całym Dolnym Śląsku pracuje ok. 6 700 krosien, ich produkcja dociera na Zachód Europy i do Ameryki. W latach 1767 – 1768 populacja ludności na Dolnym Śląsku została zdziesiątkowana epidemią czarnej ospy, która atakowała głównie dzieci. Głuszycki pastor Feige twierdził, że jest to kara za grzechy, nazywając chorobę „gorączką kartofla i węgla kamiennego”.

Rzeczywiście przywiezione zza oceanu kartofle cieszyły się ogromnym powodzeniem, zwłaszcza wśród biedoty, a kopalnictwa węgla kamiennego przypominało jako żywo gorączkę poszukiwaczy złota w Australii lub diamentów w Afryce. Nic dziwnego, że wczesnokapitalistyczna pogoń za mamoną drażniła religijną duszę świętobliwego pastora.
Wspomniane już wyżej nieszczęścia nie oszczędzały miasta. Ponowną klęskę głodu przeżywa ono w latach 1804 – 1805, kiedy to po gwałtownej ulewie przypominającej oberwanie chmury, zerwane zostały wszystkie mosty i zalane liczne zabudowania. Doszły do tego dwa kolejne lata nieurodzaju, a następnie jakby i tego było za mało, spustoszenia wojenne.
Tym razem były one dziełem wojsk francuskich, które oblężyły Świdnicę w czasie napoleońskiej wojny francusko-pruskiej w 1807 r. Twierdza Świdnica skapitulowała przed armią dowodzoną przez słynnego generała Vandamne. Głuszycy usiłowały przyjść z odsieczą wojska bawarskie. Skończyło się to tragedią dla miasta, które zdobyte przez Francuzów zostało zmuszone do spłaty kontrybucji wojennych, dostaw żywności i innych obowiązków.
Z armią napoleońską miała okazję zetknąć się Głuszyca jeszcze dwukrotnie w latach 1812 i 1813, w czasie wyprawy na Rosję i następnie w czasie jej haniebnego odwrotu.

W ślad za Francuzami pojawili się podążający za nimi Rosjanie, którzy w sile 500 żołnierzy stacjonowali m. in. w Rybnicy Leśnej. Niestety nie był to ostatni fakt „gościnnych występów” Rosjan na tym terenie.
Początek XIX stulecia nie zapisał się więc złotymi głoskami w historii miasta, dalsze zmiany związane z ustanowieniem nowego porządku w Europie przez wielką, zwycięską nad Napoleonem koalicję, na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, nie zwiastowały także korzystnych perspektyw.
Czy uda się miastu przełamać ostatecznie „złą passę” – o tym w następnej części.

Część VIII

Wiek XIX, to czas przełomu, okres ścierania się dwóch formacji społeczno – gospodarczych – kapitalizmu i feudalizmu, dwóch systemów politycznych – republiki i monarchii. Przesilenie miało miejsce w 1848 roku. Ruchy rewolucyjne i narodowowyzwoleńcze ogarnęły wówczas całą nieomal Europę, a w historii otrzymały wdzięczną nazwę – Wiosny Ludów. Jest to czas pojawienia się ruchu robotniczego, podbudowanego teorią filozoficzno-społeczną K. Marksa i F. Engelsa. To właśnie w tym samym 1848 roku pojawił się „Manifest Komunistyczny” wzywający proletariuszy wszystkich krajów do rewolucji.

Dziś z perspektywy czasu możemy spojrzeć na te wydarzenia z odpowiednim dystansem, wtedy dla setek tysięcy robotników były to iskry rozniecające nowe nadzieje.
Burzliwe wydarzenia wojenne, wstrząsy rewolucyjne, zawirowania wolnego rynku i konkurencji, wszystko to odbiło się wyraźnie w niespokojnych dziejach miasteczka nad Bystrzycą – Głuszycy.
Po Kongresie Wiedeńskim mimo pewnego uspokojenia politycznego nie miało miejsca spodziewane prosperity. Tkactwo lniane spotkało się nie tylko z utratą tradycyjnych rynków zbytu na Zachodzie opanowanych przez konkurencję tkanin mechanicznych, ale napotkało innego wroga – bawełnę. Pojawiła się ona w roku 1827 na terenie niedawno utworzonego powiatu wałbrzyskiego (do 1818 roku obszar ten podlegał Świdnicy).

W latach dwudziestych i trzydziestych sytuacja gospodarcza nie jest pomyślna, pogarsza się położenie tkaczy, ich produkcja tanieje, staje się nieopłacalna. Odbiciem tego był słynny w historii bunt tkaczy w Bielawie i Pieszycach w 1844 roku. Znalazł on swoje miejsce w literaturze, w znanej sztuce niemieckiego dramaturga Gerharta Hauptmanna, „Tkacze” (1892 rok, wydanie polskie 1905 r.). Sztukę uznano za wzór nowoczesnego dramatu społecznego, zaś pisarz za całokształt twórczości doczekał się nagrody Nobla w 1912 roku.

Początek przemysłu bawełnianego w Głuszycy wiąże się z datą 1841 roku. Wówczas to fabrykant Grossman przy ul. Leśnej uruchamia 50 krosien mechanicznych i buduje farbiarnię. Zakład był własnością Grossmana i Instytutu Handlu Morskiego w Berlinie, który dał kredyty budowlane. W ciągu 5-ciu lat fabryka rozwija się tak intensywnie, że liczy już 200 krosien. Do spółki przystępuje wtedy fabrykant wrocławski R. Reichenheim, dzięki czemu w rok później (1847) zakład liczył 300 krosien i zatrudniał 1 500 tkaczy ręcznych poza zakładem. W tym roku miała miejsce ponowna fala głodu wywołana nieurodzajem, w okolicznych wioskach tysiące ludzi umiera z głodu. Reichenheim sprowadza mąkę ze Wschodu, buduje piekarnię, robotnicy otrzymują przydziały chleba i mięsa. W celu przeciwdziałania zamknięciu fabryki utworzono odziały „straży ludowej” złożone z uzbrojonych tkaczy. W 1850 roku powstaje kasa chorych, a w rok później rozpoczęto budowę szpitala. Lata 50-te są dla Głuszycy przełomowe, wiąże się to z zapoczątkowaniem budowy nowej fabryki bawełnianej.

W 1852 roku dom handlowy z Wrocławia Meyera Kauffmanna, niemieckiego Żyda, podjął się budowy tkalni i farbiarni (teren byłego Zakładu I „Piast”). W 1854 roku nastąpiło ich uruchomienie. W cztery lata później nową przędzalnię lnu buduje fabrykant Julian Webski na miejscu dzisiejszych DZAT „Nortech”.
Reinchenheim też nie zasypia gruszek w popiele, w 1861 roku rozpoczyna budowę drugiej tkalni na 551 krosien, a w latach 1863 – 1864 wybudował przędzalnię czesankową wg „angielskiej mody” (obecnie „Argopol”). Obok zakładów przemysłowych rozwija się i wzbogaca miasto.

W 1861 roku wybudował Reinchenheim dom dla sierot liczący 30 miejsc (dzisiaj odział wewnętrzny szpitala), w tym samym roku zostaje uruchomiona apteka. Dla farbiarni niezbędnym staje się stały rezerwuar wodny, stąd budowa w latach 1865 – 1866 stawów wodnych (IV i V). Dwa następne wybudowano w latach późniejszych. W roku 1871 Głuszyca otrzymała telegraf.

Uważny czytelnik, jak sądzę, zorientował się, że oto wkroczyliśmy w najświetniejszy okres w historii miasta.
Druga połowa XIX stulecia jest tym okresem, który uczynił z małej rzemieślniczej osady typowe kapitalistyczne osiedle robotnicze. Wystarczyło 20 – 30 lat prosperity, aby rozległa kotlina śródgórska wypełniała się wysokimi murami hal fabrycznych, kominami kotłowni, budynkami handlowymi, administracyjnymi, usługowymi i mieszkalnymi. W XX-te stulecie wkroczyła Głuszyca jako liczące się robotnicze miasto.
Czy oznaczać to będzie ostateczny koniec niepowodzeń – o tym i o jeszcze innych frapujących zdarzeniach z przeszłości miasta – w następnej części.

Część IX

Boję się, czy Czytelnicy śledzący dzieje historyczne miasta nie mają już dosyć, a tymczasem zbliżamy się do kulminacyjnego momentu. Toteż jeszcze trochę koncentracji uwagi i skupienia, a obraz przeszłości Głuszycy będzie tym pełniejszy i wyrazistrzy.

Przypominamy sobie z ostatniego odcinka spontaniczny, pełen rozmachu okres rozkwitu przemysłowego miasta w pięćdziesiątych i sześćdziesiątych latach XIX wieku. Zbudowane zostały w tym czasie fabryki wraz z infrastrukturą miejską, stanowiące zaczątek wszystkich dzisiejszych zakładów przemysłowych. Dalszy rozwój Głuszycy wiąże się z historią Zjednoczonych Niemiec w 1871 roku. Miasto rozbudowuje się dalej. W 1872 roku. powstaje własna drukarnia. Jest to chyba nader interesujące wydarzenie, zwłaszcza że drukowano tu lokalną gazetę. Nosiła ona tytuł „Wüstegiersdorfer Grenz-Bote” („Głuszycki Goniec Graniczny”) i była wydawana dwa razy w tygodniu jako gazeta dla Głuszycy, Jedliny Zdroju, Walimia i okolicznych wsi.

Jako ciekawostkę mogę podać, że ostatnia strona gazety obfitowała w mnóstwo ogłoszeń, świadczących o aktywności kupieckiej, rzemieślniczej oraz bujnym życiu towarzyskim (zaproszenia na koncerty, bale, odczyty).
W ogóle lektura tej gazety wywołuje konsternację, gdzie my jesteśmy ? Jak daleko nam jeszcze do tej żywej, pulsującej, prężnej atmosfery wczesno kapitalistycznego miasteczka ?

W latach siedemdziesiątych wybudowano w mieście żłobek, szkołę 6-cio klasową dla dzieci robotników, powstały stawy (I, II, III), rozpoczęto tez budowę linii kolejowej z Wałbrzycha do Kłodzka, której uruchomienie miało miejsce w roku 1880. W tym też roku zakończono budowę ratusza (najprawdopodobniej w miejscu sklepu meblowego przy ul. Częstochowskiej – uległ on zniszczeniu). Głuszyca Dolna liczyła wówczas 3 599 mieszkańców, osiągając apogeum rozkwitu. Niestety, ostatnie dwudziestolecie XIX wieku przynosi znów regres w rozwoju miasta. W latach 1882 – 1884 miał miejsce kryzys gospodarczy, pracuje się „tylko” 10 godzin dziennie, następuje redukcja zatrudnienia, rozpoczyna się emigracja  „za chlebem” do Północnej Ameryki i Brazylii. W 1888 roku bracia Reinchemheim sprzedają swój zakład Juliuszowi Kauffmanowi, następuje połączenie obu zakładów w jedną fabrykę, poprawia się koniunktura. Wyrazem tego jest zwolnienie z przymusu płacenia za szkołę dla dzieci. Zakład Meyera Kauffmana – MK Textilwerke A-G wzbogaca się w nowe oddziały wykańczalni, farbiarni, przędzalni, stając się dużym zakładem włókienniczym. Śmierć Juliusza Kauffmana w roku 1890 nie wstrzymuje rozbudowy fabryki, którą przejmują jego spadkobiercy. Z historii miasta w tym czasie warto odnotować fakt połączenia Głuszycy Dolnej z Górną w jeden organizm miejski, co miało miejsce w roku 1895. W XX stulecie wkroczyła więc Głuszyca jako typowe, kapitalistyczne osiedle robotnicze, pełne kontrastów i nie rozwiązanych problemów.

W toku rozbudowy fabryk nie troszczono się o zapewnienie odpowiednich warunków pracy. Rosnący w siłę ruch robotniczy, naciski związkowe i przykład innych fabrykantów spowodował zapewne, że na terenie zakładu wybudowano łaźnie dla pracowników.

Warto zwrócić uwagę, że fabrykanci zapewnili sobie wyśmienite warunki mieszkaniowe, wznosząc obok zakładów neoklasycystyczne pałacyki otoczone parkami i cennymi okazami starodrzewu.
I wojna światowa zahamowała rozbudowę fabryk, a wraz z nim i miasta. Wielu mężczyzn zaciągnięto do armii, wielu zginęło na froncie lub w niewoli. Po wojnie w okresie dwudziestolecia międzywojennego miejscowe fabryki stają się przestarzałe, nie wytrzymują konkurencji nowoczesnych technologii Zachodnich Niemiec, Anglii, Holandii. Miasto wyraźnie podupada.

Gwoździem do trumny dla ludności staje się wielki kryzys gospodarczy lat 1929 – 1933. Spowodował on ograniczenie produkcji, masowe bezrobocie i wyludnienie miasta. Ożywienie gospodarcze w czasach hitlerowskich nie na wiele się zdało, ale wzrosły zamówienia rządowe na tkaniny dla Wermachtu.
W ten sposób dotarliśmy z historią miasta do czasów współczesnych, wojennych i powojennych, przy czym chodzi już o II wojnę światową. Tym sprawom, bardzo zresztą ciekawym i zagadkowym, poświęcona będzie ostatnia część.

Część X

II wojna światowa odcisnęła swe piętno tragiczne także w dziejach Głuszycy. Obłędne plany eksterminacji ludności wprzęgnięte w codzienną praktykę hitlerowskiej machiny wojennej, znalazły swe ucieleśnienie także w zagubionych wśród gór osiedlach robotniczych Głuszycy i Walimia.
Po pierwsze – przemysł tych miejscowości, podobnie jak cały przemysł niemiecki, przestawiony został na potrzeby wojenne.

Po drugie – powstała tutaj szeroko rozbudowana sieć obozów ciężkiej pracy jako filie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen (Rogoźnica k. Strzegomia).
W rejonie Głuszycy i Walimia koncentrowało się w latach 1943 – 1945 około 70 000 więźniów różnej narodowości, głównie Rosjan, Żydów, Polaków. Na miejsce zmarłych z głodu, wycięczenia, nadmiernego wysiłku, mrozu lub tortur napływały wciąż nowe posiłki. Więźniowie pracowali pod dozorem miejscowej, autochtonicznej ludności niemieckiej po 12 – 14 godzin dziennie. Nocowali w nieogrzewanych barakach. Pożywienie stanowiła „dieta beztłuszczowa” złożona głównie z wywarów z kapusty, lebiody i pokrzyw.

Ziemniaki należały do rzadkości, miniaturowe porcje czarnego, stęchłego chleba traktowane były przez więźniów nieomal jak relikwie.
Przy drążeniu walimskich lochów śmierć poniosło dziesiątki tysięcy więźniów. Ci którzy się tam znaleźli, byli z góry skazani na śmierć. Stamtąd nie było powrotu. To była bezwzględna zasada strzegąca hitlerowskiej tajemnicy walimskich lochów.

Także i z drugiej strony Gór Sowich, a więc tu w okolicach Kolc, Zimnej Wody, Sierpnicy prowadzone były intensywne roboty ziemne, karczowanie lasów, drążenie skał, niwelowanie terenu, przewożenie na taczkach gigantycznych ilości ziemi, kamieni, żwiru. Jaki był cel tej katorżniczej pracy więźniów, czy to były roboty przygotowawcze do uruchomienia podziemnych fabryk broni, czy kolejna kwatera Hitlera i jego sztabu wojskowego ? Pozostaje to dotąd w sferze domysłów i dociekań nie tylko historyków.

Zainteresowanie tą tajemnicą wciąż jeszcze żywe, czeka na swego odkrywcę.
Swego rodzaju dokumentem zbrodniczej działalności Wermachtu na tych terenach, martyrologii więźniów zgromadzonych w nieludzkich warunkach w kilku naprędce zorganizowanych obozach, jest książka łódzkiego Żyda Abrama Kajzera pt. „Za drutami śmierci”.

Jest to relacja więźnia przytransportowanego do obozu w Kaltwasser (Zimna Woda) na kilka tygodni przed zakończeniem wojny. Abram sporządzał notatki na skrawkach papieru, które przytwierdził z wewnętrznej strony deski wychodkowej.
Ponieważ cudem udało mu się uciec z obozu tuż przed wyzwoleniem miasta, dzięki czemu uratował życie, powrócił tu po jakimś czasie, odnalazł notatki i wykorzystał je do napisania książki. Poznajemy w niej codzienne życie obozowe, ale szczególnie wzruszający jest moment opisu miasta tuż po wyzwoleniu; opustoszałe ulice, pootwierane sklepy, warsztaty, domy jakby przeszedł tutaj tajfun i poraził mieszkańców bakcylem śpiączki.
Wymieniona książka była ongiś najcenniejszym skarbem księgozbioru bibliotecznego „Pod Armatą” w Głuszycy Górnej. Ciekawe czy przetrwała do dziś ?

Także fabryki „Emka”, „Szter” („Piast”, „Argopol”) zostały w czasie wojny przystosowane do produkcji zbrojeniowej jako filie zakładów zbrojeniowych Kruppa. Produkowano tutaj części i amunicję do okrętów niemieckiej Kriegsmarine (Marynarki Wojennej).


Maszyny włókiennicze zostały wymontowane, nieliczne z nich przetrwały do czasów powojennych przechowywane na strychach, w piwnicach, w garażach, komórkach, a także w okolicznych lasach.
Nieomal do ostatniej chwili faszyści niemieccy kontynuowali na terenie Głuszycy swą zbrodniczą działalność.
Dopiero 9 maja 1945 roku żołnierze radzieccy wyzwolili Wałbrzych i okoliczne miejscowości w tym Głuszycę. W październiku tegoż roku pełnomocnicy władzy ludowej przejęli z rąk żołnierzy radzieckich władzę w mieście.
Przedstawiało ono żałosny widok. Po raz któryś walec historii przetoczył się po ulicach, fabrykach, domach, zdziesiątkował ludność, zniweczył wieloletni plon ludzkiej troski o wygląd i dostatek miasta.

Do Głuszycy napływali ludzie z różnych stron Polski i z różnych krajów. W połączeniu z autochtoniczną ludnością niemiecką stanowili przedziwny konglomerat narodów, ras, języków, kultury, obyczajów. Napływali też szabrownicy, element przestępczy. Miasto splądrowane przez wyzwoleńcze wojska radzieckie nie wiele mogło już zaoferować ludziom spragnionym szybkiego wzbogacenia się. Czekała na nich mozolna, ofiarna praca w celu przywrócenia ładu i porządku w mieście, a zwłaszcza przywrócenia miejscowym fabrykom ich pierwotnego charakteru włókienniczego.
Przetrząsano domy, zabudowania gospodarcze, zakamarki w poszukiwaniu maszyn. Lojalnie ustosunkowani do władz polskich Niemcy wskazywali miejsca w lasach, gdzie przechowywano krosna lub przędzarki.
Z dnia na dzień miasto i fabryki zmieniały swój wygląd.

Posłowie

Dalej jest już jego współczesność, ponad 40 lat Polski Ludowej – długotrwały okres swoistego stanu tymczasowości, kiedy to nie wybudowano w mieście ani jednego domu, później z trudem osiągnięty postęp w rozbudowie pod koniec ery gierkowskiej, no i pierwsze lata III Rzeczypospolitej, które jak dotąd nie wróżą nic dobrego.
Wielu mieszkańców miasta zna ten okres z autopsji, nie jest on więc już tak interesujący, aczkolwiek kryje w sobie wiele doświadczeń i emocji. Może kiedyś jeśli będzie taka potrzeba, pokuszę się o spisanie dziejów współczesnych naszej Głuszycy. Tymczasem kończąc ten kilkuodcinkowy cykl i dziękując Czytelnikom za wierne towarzyszenie w odsłanianiu zamieszłych dziejów miasta, pozwalam sobie na następujące z wiersza Staffa przesłanie:
„Chciałem już zamknąć dzień na klucz,
jak doczytaną księgę.
Owinąć się czarną ciszą i zasnąć na potęgę
Oto dzień nowy i świat nowy,
tysiącem dzwonów gra mi.
Zerwałem się na równe nogi,
przed wysokimi stanąłem schodami”.

W tych warunkach za sukces można poczytać, że po upływie roku od czasu wyzwolenia, a więc w IV kwartale 1946 były zakład Meyera Kauffmana tzw. „Emka” uzyskał pierwszą produkcję: 149 490 kg przędzy, 1 102 063 mb. tkanin surowych, 642 264 mb. tkanin wykończonych. Zatrudnienie ogółem pod koniec roku 1946 w tym zakładzie wynosiło 1 130 osób, w tym 1 007 prac. fizycznych.
W tym momencie kończę historię miasta.


Blip Blogger Evernote Facebook Google Bookmarks Grono.net MySpace Twitter Email Gmail